Nierusz i Niedotyk, dwaj przyjaciele

Jak co dzień byliśmy dziś z Teo na placu zabaw. Ot, plac jak plac. Kilka zjeżdżalni, huśtawek, jakaś karuzela. Raczej brak urządzeń naszpikowanych morderczymi pułapkami, wyskakującymi szpikulcami zdolnymi przekłuć dziecko (na śmierć!), czy też zapadni umieszczonych nad fosą z krokodylami.
A jednak przyjemną zabawą co rusz przerywają piskliwe okrzyki mam.
NIE RUSZ
NIE DOTYKAJ
ZOSTAW
ODEJDŹ
UWAŻAJ
NIERUSZNIEDOTYKAJZOSTAWODEJDŹUWAŻAJ
ANDRZEJ! ZWARIOWAŁEŚ?! ODEJDŹ ŻESZ OD TEJ HUŚTAWKI! ILE RAZY MAM CI POWTARZAĆ?!

No tak. W końcu jak wiemy, huśtawka nie służy do tego żeby do niej podchodzić a li i jedynie by ją podziwiać z bezpiecznej odległości. Ewentualnie w asyście mamy i jeszcze co najmniej jednej dorosłej osoby można ewentualnie się pobujać. Nie przekraczając przypadkiem dozwolonej prędkości i/lub wysokości.

Więc tak sobie łazimy z Teo. On kaczkowatym swoim chodem 15 miesięczniaka, ja znudzonym krokiem niedospanej matki. W kakofonii zakazów i ostrzeżeń, co od nich głowa już boli. I co, Teo rąbnął głową w ziemię. Ot, nogi się zaplątały, jak to nogi. 30 sekund ciszy. Groza jak z filmu Hitchcocka. Będzie żył czy konieczna reanimacja? Wstał, podniósł się. Ba, nawet nie otrzepał a na próby bycia otrzepanym wykonywane przez natrętną matkę zareagował tylko stanowczym "NE!". Pobiegł dalej.

Wszedł na zjeżdżalnię. Sam. Czuję na sobie spojrzenie matek i babć. Słyszę palce pukające w smartfony - jak nic wzywają policję, kuratora, sąd rodzinny.
Zjechał. Żyje. Tym razem się udało.

Plac opuszczałam z dziwnym poczuciem wyobcowania (swoją drogą uczucie to nawiedza mnie regularnie na tym placu ale to już temat na inną historię), naznaczenia, zdziwaczenia. W towarzystwie szeptów i spojrzeń "totamatkacowdupiemaswojedziecko".
Nie to, żebym jakoś strasznie się przejmowała ale jednak uczucie nieprzyjemne.

No więc wracamy z tego placu zabaw, z nosami czerwonymi oraz z jednym, całkiem nowym otarciem na policzku. I im dłużej idziemy tym więcej refleksji mnie nachodzi… Czemu drogie mamy tak bardzo boicie się pozwolić swoim dzieciom eksperymentować? Czemu patrzycie na ręce (i nogi!) nie tylko swoim dzieciom ale też każdej osobie, która choć przez chwilę się nimi zajmuje? Czemu nie zaakceptujecie tego, że dzieciństwo naznaczone jest siniakami, zdartą skórą i bąblami od pokrzyw? Czy już nie pamiętacie jak same ganiałyście się po podwórku, wdrapywałyście na płoty i bawiłyście w chowanego na starej budowie między, czyhającymi na każdym kroku (i pełnymi - o matko - tężca) prętami?

Nieustannie słyszę "mrożące krew w żyłach" historie o tym jak okropna babcia zajmowała się dzieckiem, a dziecko - O NIE - bawiło się TUSZEM DO RZĘS! Tragedia gotowa, toż to podpada pod jakiś paragraf! Babci trzeba ograniczyć prawa rodzicielsko-babcine, babcie trzeba koniecznie odciąć od wnuka. I babcie i dziadka dla bezpieczeństwa też. Ciotki również nie są pewne bo ich dzieci to potrafią siedzieć same w ogrodzie przez bite dwie godziny i kto wie, może tam na przykład ślimaki łapią? A to przecież pełne jakichś zarazków takie ślimaki, i co jeśli potem dziecko włoży rękę do buzi? Jak nic umrze od razu śmiercią tragiczną.
Trzeba dziecko odciąć i zamknąć w domu.
Koniecznie trzeba obłożyć wszystkie rogi i kanty matą piankową.
Trzeba koniecznie usunąć wszystkie meble, zamiast kanap położyć karimaty, bo z kanapy można spaść i mieć siniaka.

Można też dziecko owinąć folią bąbelkową. Bo to szybciej i pewniej.

Na wszelki wypadek, wiadomo. I dla dobra.
Tak żeby przypadkiem to nasze dziecko nie nie mogło doświadczyć szczęśliwego, beztroskiego dzieciństwa. Bo takie doświadczanie to niebezpieczne dla zdrowia i życia jest. Bardzo.

Z pozdrowieniami,
matka co pozwalała i ruszać i dotykać, Maria.