01 października 2014, 12:52
Dziecko? Jakie dziecko?


Do napisania tej notki zaczęłam zbierać się jeszcze na długo zanim powstał mój blog. Tym bardziej proszę o zrozumienie. To temat trudny. Nie ukrywam. I ostrzegam od razu na starcie.

Temat trudny jest nie tylko do dyskutowania - jest trudny dla mnie osobiście. Nie mogę sobie bowiem poradzić z myślą, że prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu jestem prawdziwie nietolerancyjna. To co myślę na poniższy temat wykracza już poza granice prostego braku zrozumienia - ja tego po prostu nie toleruję, reaguję alergicznie i w głowię plotę okazałe wiązanki przekleństw.

Drogie Panie, matki - konkretnie, przepraszam ale nie jestem w stanie tolerować wyborów niektórych z was.
Rozumiem, że życie z dzieckiem nie jest kolorowe, usłane różanymi pieluchami i pełne tęczowych jednorożców, które pomagają nam w wyparzaniu butelek i gotowaniu zdrowych warzyw na parze. Rozumiem, że czasem jest ciężko, że mamy dość, że obowiązki zwalają nam się na głowę i przeciętnie raz na dwa dni mamy ochotę uciec do Timbuktu.
Wiem, że na dodatek nie każda z nas może sobie pozwolić na siedzenie w domu z dzieckiem, nie tylko ze względów finansowych ale i psychicznych (OK, niektóre z nas po prostu dostają przysłowiowego pierdolca jeśli spędzają 24h/dobę z dzieckiem, dłużej niż przez minimalny okres urlopu macierzyńskiego). Jak mało kto rozumiem też potrzebę oderwania się od tych codziennych trudów i upierdliwości macierzyństwa. Kumam ideę mom's night out i sama nieraz czuję potrzebę żeby iść, pić wino i tańczyć jakby jutra (i jutrzejszego sprzątania całej kuchni po obiedzie, usypiania poprzez bujanie na dmuchanej piłce czy ganiania młodego obywatela po placu zabaw) nie było. Tak po prostu.

Ale, przy całej mojej pozostałej tolerancji, nie jestem w stanie zrozumieć jak można nieustannie rezygnować ze spędzania czasu ze swoim dzieckiem na rzecz spraw nieistotnych. Z tym malutkim dzieckiem. Noworodkiem albo niewiele starszym. Wiecie, takim dzieckiem, które codziennie robi coś nowego i nieustannie czymś nas, matki, zaskakuje (o ile oczywiście jesteśmy w okolicy żeby to zauważyć). Jak można świadomie opuszczać te wszystkie krótkie, uciekające niczym pociąg ekspresowy, mikro-chwilki? Ułamki sekund, bo tyle to tak naprawdę trwa, kiedy ten mały berbeć po raz pierwszy świadomie się uśmiecha i pierwszy raz płacze łzami. Kiedy nagle zupełnie świadomie chwyta do ręki zabawkę. Po raz pierwszy po przebudzeniu w nocy szuka mamy. Nikogo innego tylko właśnie mamy. Tak, Ciebie.
Jak można te wszystkie chwile opuszczać na rzecz spraw tak mało ważnych jak kolejne banalne imprezki, rozmowy o niczym, fotografowanie jedzenia w modnych knajpach? Jak można zachowywać się, żyć, jakby tego naszego dziecka w ogóle nie było? Jakby jego powstanie wcale się nie wydarzyło?
Zostawić tego najważniejszego na świecie człowieka w domu a samemu poświęcać czas... sobie samej?

Napisałam tę notkę wracając zresztą z zupełnie bzdurnej imprezy, na której pobyt nie wniósł kompletnie nic do mojego życia. Tak, owszem, cieszę się, że tam poszłam. Ja naprawdę rozumiem was, matki imprezowiczki, bo wiem jak to jest być wygłodniałym ludzi - i to najlepiej takich w wieku 1+, którzy składają zdania podrzędnie złożone i umieją pić ze szklanki.
Jednak czy nie sądzicie, że dzieciństwo trwa tak straszliwie krótko? Czy przypadkiem nie lepiej wypaciać się na twarzy i wbić w sukienkę na rzecz imprezki tylko raz na jakiś czas - konkretnie rzadziej niż na każdą okazję, na jaką jest się zaproszonym (dziecko da się babci i można przecież hasać do białego rana!).Czy nie przyjemniej jest wbijać się w dres i turlać po dywanie w akompaniamencie dziecięcego rechotu? Co w was pozostanie z tego całego brylowania, jakie wspomnienia? Sukienek, które założyłyście, drinków, które wypiłyście rozmawiając o planach na następny weekend? Czy nie lepiej mieć na telefonie stos zdjęć dzieciaka, który uśmiecha się paszczą pełną brokuła, niż sweet fotek z brudnych kibli?

Za dzień czy dwa wasz maluch pójdzie sam na imprezę z kolegami i będzie miał gdzieś przytulanki, zabawy w "idzie rak nieborak" czy oglądanie książeczek o zwierzątkach.
I (chciałam napisać "nie chcę was martwić" ale w rzeczy samej - dokładnie to chcę zrobić!) istnieje spore ryzyko, że wy zostaniecie wyłącznie z poczuciem utraconych chwil i garderobą pełną za małych, już nie modnych, kiecek od zapomnianych projektantów.

Z pozdrowieniami,
matka imprezowiczka Maria

(01 października 2014, 12:52).


MARIA BROS
mama Teo. i tyle.

KONTAKT:
marry@op.pl


  • 2019

  • sierpień
  • lipiec
  • czerwiec
  • maj
  • kwiecień
  • marzec
  • luty
  • styczeń
  • 2018

  • 2017

  • 2016

  • 2015

  • 2014