01 października 2014, 12:51
Matko-jatki czyli dlaczego czasem warto pokłócić się w internecie


I stało się.
Po miesiącach obietnic, układaniu tekstów w głowie i nieustannej bitwie myśli czy aby na pewno jestem jeszcze w stanie doprowadzić do końca cokolwiek co nie jest zmianą pieluchy (też nie zawsze...) zrobiłam to! Założyłam bloga. Nie wierzę.

Żeby nie było - nie bez powodu, naturalnie. Nie chodzi wszak tylko o to, że nudno i trochę głupio, bo jak to tak siedzieć całymi dniami w domu i "nicnierobić". Wypadałoby mieć jakąś pasję, zajęcie po godzinach tudzież w godzin trakcie. Udowodnić sobie, choć może trochę bardziej wszystkim wokół, że jestem kimś więcej niż "tylko" matką (!!!).

Chodzi o klasyczny internetowy statement. Podkuszona przez moją osobistą rodzicielkę przeczytałam jakże interesujący temat w jakże nieinteresującym portalu natemat. Rzeczony temat zainteresowani mogą znaleźć o >TU.

Nie owijając w bawełnę:
Autor sugeruje, że "matka matce wilkiem, bo między kobietami wychowującymi małe dzieci rodzi się niezdrowa konkurencja, objawiająca się przez wzajemne wytykanie błędów, pomyłek i niekompetencji".OK, wiem o co chodzi. Chyba każda z mam, która przeczesuje internet w poszukiwaniu przeróżnych dziecio-pochodnych informacji nieraz trafia na, nie bójmy się użyć tego określenia, istne matko-jatki tudzież matko-walki. Matko-jatki mają różne tematy, spośród których ewidentny prym wiodą: karmienie piersią, usypianie oraz sposób żywienia latorośli.
Tu jednak, bez wstępnych rozważań nad niezaprzeczalnym faktem istnienia matko-jatek, dochodzimy do sedna sprawy. Do tego dlaczego postanowiłam statement poczynić i dlaczego piszę, to co piszę.

Karmienie piersią. Usypianie. Sposób żywienia. Dorzućmy jeszcze do tego szczepienia. To są tematy podstawowe jeśli chodzi o opiekę nad małym dzieckiem. Tematy niezwykle ważne a kontrowersyjne, właśnie dlatego, że ważne. Tak, potrafią wywołać ostre dyskusje i przelew wirtualnej krwi.
Jednak czego większość osób, które matko-jatki krytykują, nie zauważa, jest to dlaczego krew leje się aż takimi strumieniami. Autor artykułu doszukuje się ich przyczyn w wysokich oczekiwaniach wobec matek, w wyścigu szczurów wyniesionym prosto z korporacji i wychowaniu w atmosferze nieustannej konkurencji. Według niego matki kłócą się bo chcą być lepsze od innych matek. I tu właśnie z autorem ja zgodzić się po prostu nie mogę.

Nie twierdzę, że większość z nas, mam, nie chce być najlepsza na świecie w swojej nowo nabytej roli. Ale czy od razu lepsza od innych? Czy ja naprawdę mam to szczęście, że udało mi się trafić, nawet w Internecie, na jakieś matki innej kategorii? Ewenementy natury, matki-hybrydy? Nie, nie sądzę żebym mogła mieć aż takiego farta.
Myślę, że chodzi, jak zwykle, o sposób widzenia.

Otóż, drogi autorze, kiedy widzę na kolejnym forum jak użytkowniczki z godnym podziwu poświęceniem spędzają czas na kleceniu kilometrowych postów przemawiających za tym dlaczego - powiedzmy - warto jest karmić dziecko piersią, jest mi po prostu miło i ciepło na sercu. Wiem, wiem, czasem potrafią polecieć ostre słowa, przytyki, złośliwości godne polityków a nie matko-nimf z niemowlęciem przyklejonym do piersi. Jednak clue sprawy jest tam, gdzie komuś naprawdę chce się poświęcić swój wolny czas na przekonanie innej mamy do obrania słusznej ścieżki.
Komuś się chce wklejać linki, cytować naukowe artykuły, wyszukiwać argumenty i to nie po to żeby zrobić sobie dobrze - ale po to żeby zrobić dobrze czyjemuś dziecku. Dziecku, którego najprawdopodobniej nie widziało się nigdy na oczy. Matko-jatki to nie wrestling ani walki mma, w których rozlew krwi i rozkwaszona twarz oponenta jest finałem samym w sobie. Tu na końcu jest możliwość przekonania kogoś, żeby poszukał głębiej, żeby zastanowił się nad tym czy robiąc to co robi, faktycznie obiera najlepszą z możliwych dróg.

Rodzicielstwo nie jest łatwe. Czasem musimy przyznać się do porażki - ale nie oznacza to, ze jesteśmy gorszymi matkami czy ojcami - a ktoś, kto pomógł nam błąd zrozumieć jest od nas lepszy. Według mnie taki ktoś jest dla nas lepszy.

Dlatego droga mamo, drogi tato, jeśli wchodzisz na forum i widzisz, że ktoś przekonuje Cię, iż:
a) karmienie piersią jest lepsze niż karmienie mlekiem modyfikowanym - posłuchaj argumentów
b) pozostawianie dziecka samego do wypłakania żeby się "nie przyzwyczaiło" nie należy do najlepszych metod - posłuchaj argumentów
c) serwowanie maluchowi koktajlu z danonków, parówek i kinder czekolady nie jest dobrym sposobem na stworzenie zbilansowanej diety - posłuchaj argumentów
d) szczepienie może być okupione powikłaniami - posłuchaj argumentów
e) noszenie dziecka w wisiadle albo - o zgrozo - przodem do świata, może skończyć sie chorobami kręgosłupa - posłuchaj argumentów
itd itd itd...

i zapamiętaj jedno - jesteś najlepszym rodzicem jakiego Twój maluch może mieć a przyznanie się do błędu, pod wpływem słusznej (nawet jeśli ostrej) argumentacji nie jest porażką a sukcesem.

Z pozdrowieniami weteranka matko-jatek,
Maria

(01 października 2014, 12:51).


01 października 2014, 12:52
Dziecko? Jakie dziecko?


Do napisania tej notki zaczęłam zbierać się jeszcze na długo zanim powstał mój blog. Tym bardziej proszę o zrozumienie. To temat trudny. Nie ukrywam. I ostrzegam od razu na starcie.

Temat trudny jest nie tylko do dyskutowania - jest trudny dla mnie osobiście. Nie mogę sobie bowiem poradzić z myślą, że prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu jestem prawdziwie nietolerancyjna. To co myślę na poniższy temat wykracza już poza granice prostego braku zrozumienia - ja tego po prostu nie toleruję, reaguję alergicznie i w głowię plotę okazałe wiązanki przekleństw.

Drogie Panie, matki - konkretnie, przepraszam ale nie jestem w stanie tolerować wyborów niektórych z was.
Rozumiem, że życie z dzieckiem nie jest kolorowe, usłane różanymi pieluchami i pełne tęczowych jednorożców, które pomagają nam w wyparzaniu butelek i gotowaniu zdrowych warzyw na parze. Rozumiem, że czasem jest ciężko, że mamy dość, że obowiązki zwalają nam się na głowę i przeciętnie raz na dwa dni mamy ochotę uciec do Timbuktu.
Wiem, że na dodatek nie każda z nas może sobie pozwolić na siedzenie w domu z dzieckiem, nie tylko ze względów finansowych ale i psychicznych (OK, niektóre z nas po prostu dostają przysłowiowego pierdolca jeśli spędzają 24h/dobę z dzieckiem, dłużej niż przez minimalny okres urlopu macierzyńskiego). Jak mało kto rozumiem też potrzebę oderwania się od tych codziennych trudów i upierdliwości macierzyństwa. Kumam ideę mom's night out i sama nieraz czuję potrzebę żeby iść, pić wino i tańczyć jakby jutra (i jutrzejszego sprzątania całej kuchni po obiedzie, usypiania poprzez bujanie na dmuchanej piłce czy ganiania młodego obywatela po placu zabaw) nie było. Tak po prostu.

Ale, przy całej mojej pozostałej tolerancji, nie jestem w stanie zrozumieć jak można nieustannie rezygnować ze spędzania czasu ze swoim dzieckiem na rzecz spraw nieistotnych. Z tym malutkim dzieckiem. Noworodkiem albo niewiele starszym. Wiecie, takim dzieckiem, które codziennie robi coś nowego i nieustannie czymś nas, matki, zaskakuje (o ile oczywiście jesteśmy w okolicy żeby to zauważyć). Jak można świadomie opuszczać te wszystkie krótkie, uciekające niczym pociąg ekspresowy, mikro-chwilki? Ułamki sekund, bo tyle to tak naprawdę trwa, kiedy ten mały berbeć po raz pierwszy świadomie się uśmiecha i pierwszy raz płacze łzami. Kiedy nagle zupełnie świadomie chwyta do ręki zabawkę. Po raz pierwszy po przebudzeniu w nocy szuka mamy. Nikogo innego tylko właśnie mamy. Tak, Ciebie.
Jak można te wszystkie chwile opuszczać na rzecz spraw tak mało ważnych jak kolejne banalne imprezki, rozmowy o niczym, fotografowanie jedzenia w modnych knajpach? Jak można zachowywać się, żyć, jakby tego naszego dziecka w ogóle nie było? Jakby jego powstanie wcale się nie wydarzyło?
Zostawić tego najważniejszego na świecie człowieka w domu a samemu poświęcać czas... sobie samej?

Napisałam tę notkę wracając zresztą z zupełnie bzdurnej imprezy, na której pobyt nie wniósł kompletnie nic do mojego życia. Tak, owszem, cieszę się, że tam poszłam. Ja naprawdę rozumiem was, matki imprezowiczki, bo wiem jak to jest być wygłodniałym ludzi - i to najlepiej takich w wieku 1+, którzy składają zdania podrzędnie złożone i umieją pić ze szklanki.
Jednak czy nie sądzicie, że dzieciństwo trwa tak straszliwie krótko? Czy przypadkiem nie lepiej wypaciać się na twarzy i wbić w sukienkę na rzecz imprezki tylko raz na jakiś czas - konkretnie rzadziej niż na każdą okazję, na jaką jest się zaproszonym (dziecko da się babci i można przecież hasać do białego rana!).Czy nie przyjemniej jest wbijać się w dres i turlać po dywanie w akompaniamencie dziecięcego rechotu? Co w was pozostanie z tego całego brylowania, jakie wspomnienia? Sukienek, które założyłyście, drinków, które wypiłyście rozmawiając o planach na następny weekend? Czy nie lepiej mieć na telefonie stos zdjęć dzieciaka, który uśmiecha się paszczą pełną brokuła, niż sweet fotek z brudnych kibli?

Za dzień czy dwa wasz maluch pójdzie sam na imprezę z kolegami i będzie miał gdzieś przytulanki, zabawy w "idzie rak nieborak" czy oglądanie książeczek o zwierzątkach.
I (chciałam napisać "nie chcę was martwić" ale w rzeczy samej - dokładnie to chcę zrobić!) istnieje spore ryzyko, że wy zostaniecie wyłącznie z poczuciem utraconych chwil i garderobą pełną za małych, już nie modnych, kiecek od zapomnianych projektantów.

Z pozdrowieniami,
matka imprezowiczka Maria

(01 października 2014, 12:52).


01 października 2014, 13:19
Nierusz i Niedotyk, dwaj przyjaciele


Jak co dzień byliśmy dziś z Teo na placu zabaw. Ot, plac jak plac. Kilka zjeżdżalni, huśtawek, jakaś karuzela. Raczej brak urządzeń naszpikowanych morderczymi pułapkami, wyskakującymi szpikulcami zdolnymi przekłuć dziecko (na śmierć!), czy też zapadni umieszczonych nad fosą z krokodylami.
A jednak przyjemną zabawą co rusz przerywają piskliwe okrzyki mam.
NIE RUSZ
NIE DOTYKAJ
ZOSTAW
ODEJDŹ
UWAŻAJ
NIERUSZNIEDOTYKAJZOSTAWODEJDŹUWAŻAJ
ANDRZEJ! ZWARIOWAŁEŚ?! ODEJDŹ ŻESZ OD TEJ HUŚTAWKI! ILE RAZY MAM CI POWTARZAĆ?!

No tak. W końcu jak wiemy, huśtawka nie służy do tego żeby do niej podchodzić a li i jedynie by ją podziwiać z bezpiecznej odległości. Ewentualnie w asyście mamy i jeszcze co najmniej jednej dorosłej osoby można ewentualnie się pobujać. Nie przekraczając przypadkiem dozwolonej prędkości i/lub wysokości.

Więc tak sobie łazimy z Teo. On kaczkowatym swoim chodem 15 miesięczniaka, ja znudzonym krokiem niedospanej matki. W kakofonii zakazów i ostrzeżeń, co od nich głowa już boli. I co, Teo rąbnął głową w ziemię. Ot, nogi się zaplątały, jak to nogi. 30 sekund ciszy. Groza jak z filmu Hitchcocka. Będzie żył czy konieczna reanimacja? Wstał, podniósł się. Ba, nawet nie otrzepał a na próby bycia otrzepanym wykonywane przez natrętną matkę zareagował tylko stanowczym "NE!". Pobiegł dalej.

Wszedł na zjeżdżalnię. Sam. Czuję na sobie spojrzenie matek i babć. Słyszę palce pukające w smartfony - jak nic wzywają policję, kuratora, sąd rodzinny.
Zjechał. Żyje. Tym razem się udało.

Plac opuszczałam z dziwnym poczuciem wyobcowania (swoją drogą uczucie to nawiedza mnie regularnie na tym placu ale to już temat na inną historię), naznaczenia, zdziwaczenia. W towarzystwie szeptów i spojrzeń "totamatkacowdupiemaswojedziecko".
Nie to, żebym jakoś strasznie się przejmowała ale jednak uczucie nieprzyjemne.

No więc wracamy z tego placu zabaw, z nosami czerwonymi oraz z jednym, całkiem nowym otarciem na policzku. I im dłużej idziemy tym więcej refleksji mnie nachodzi… Czemu drogie mamy tak bardzo boicie się pozwolić swoim dzieciom eksperymentować? Czemu patrzycie na ręce (i nogi!) nie tylko swoim dzieciom ale też każdej osobie, która choć przez chwilę się nimi zajmuje? Czemu nie zaakceptujecie tego, że dzieciństwo naznaczone jest siniakami, zdartą skórą i bąblami od pokrzyw? Czy już nie pamiętacie jak same ganiałyście się po podwórku, wdrapywałyście na płoty i bawiłyście w chowanego na starej budowie między, czyhającymi na każdym kroku (i pełnymi - o matko - tężca) prętami?

Nieustannie słyszę "mrożące krew w żyłach" historie o tym jak okropna babcia zajmowała się dzieckiem, a dziecko - O NIE - bawiło się TUSZEM DO RZĘS! Tragedia gotowa, toż to podpada pod jakiś paragraf! Babci trzeba ograniczyć prawa rodzicielsko-babcine, babcie trzeba koniecznie odciąć od wnuka. I babcie i dziadka dla bezpieczeństwa też. Ciotki również nie są pewne bo ich dzieci to potrafią siedzieć same w ogrodzie przez bite dwie godziny i kto wie, może tam na przykład ślimaki łapią? A to przecież pełne jakichś zarazków takie ślimaki, i co jeśli potem dziecko włoży rękę do buzi? Jak nic umrze od razu śmiercią tragiczną.
Trzeba dziecko odciąć i zamknąć w domu.
Koniecznie trzeba obłożyć wszystkie rogi i kanty matą piankową.
Trzeba koniecznie usunąć wszystkie meble, zamiast kanap położyć karimaty, bo z kanapy można spaść i mieć siniaka.

Można też dziecko owinąć folią bąbelkową. Bo to szybciej i pewniej.

Na wszelki wypadek, wiadomo. I dla dobra.
Tak żeby przypadkiem to nasze dziecko nie nie mogło doświadczyć szczęśliwego, beztroskiego dzieciństwa. Bo takie doświadczanie to niebezpieczne dla zdrowia i życia jest. Bardzo.

Z pozdrowieniami,
matka co pozwalała i ruszać i dotykać, Maria.

(01 października 2014, 13:19).


MARIA BROS
mama Teo. i tyle.

KONTAKT:
marry@op.pl


  • 2019

  • 2018

  • 2017

  • 2016

  • 2015

  • 2014

  • grudzień
  • listopad
  • październik